Muzyk
Słuchacz
Kto?
RSS
środa, 05 października 2011
Shide & Acorn

XXI wiek. Czasy, gdy muzyka zalewa nas z każdej strony, a na uszach masz słuchawki i piszesz artykuł, kątem oka spoglądając na telewizję, gdzie w tym momencie wyświetlany jest "House". Rozwijająca się technologia w dużej mierze przyczyniła się do wypaczenia podejścia do muzyki - zaczęło się od Napstera, a - prawdopodobnie - gwoździem do trumny były iPody i różnego rodzaju odtwarzacze mp3. Ludzie przestali być już słuchaczami, a zaczęli stawać się kolekcjonerami kolejnych gigabajtów plików muzycznych. Wszechobecna powódź dźwiękowa doprowadza do niedocenienia wszelakiej maści zespołów, które zostają wyłącznie folderem na laptopie. Marzenia Briana Eno ziściły się, chociaż pewnie nie o takich efektach marzył.

Wydawałoby się, że w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych XX wieku było kompletnie inaczej. Muzyka była odbierana bardziej jako przeżycie duchowe. Ludzie zbierali się rodzinami przy gramofonie, aby posłuchać kolejnej dawki fal akustycznych. A że płyty trudniej było zdobyć, to i traktowano je z należytym szacunkiem. W przypadku Shide & Acorn, elitarna ilość posiadaczy nagrań skutecznie pogrzebała ich sukces.

Zacznijmy od początku - w czasach waszych ojców, tj. rok 1969, bracia Mike i Steve Jolliffe postanowili utworzyć zespół Foehammer. Zaszyci na Isle of Wight, wraz z wokalistką i skrzypaczką Joy Perkins, flecistą Jerrym Cahillem, pianistą Grahamem Spencerem oraz mnóstwem innych znajomych muzyków, stworzyli zdumiewającą wręcz na wtedy płytę "Legend Of The Dreamstones". Nagrany "na setkę" album, łączący klimaty folkowe z rockiem psychodelicznym i echami progrocka, charakteryzował się pięknymi, melancholijnymi melodiami oraz genialnie przeplatającymi się głosami Mike'a i Joy. Jednak krążek nie został w tym czasie kompletnie doceniony, ponieważ... nie został wydany.

Muzycy jednak się nie załamali. Na przełomie dekad przenieśli się do Paryża i - zapewne z tęsknoty za rodzinnymi stronami - przemianowali się na Peppermint Snuff Of Wight, następnie skrócone do Wight. W podobnym składzie, co poprzednio, rozpoczęli kolejne sesje nagraniowe, które zaoowocowały powstaniem albumu "Princess Of The Island". Gitarę elektryczną zamieniono tu na gitarę akustyczną, przez co album ten był o wiele bardziej poddany wpływom folkowym aniżeli "Legend Of The Dreamstones". Mimo to, zmysł do niesamowitych melodii i dialog między wokaliznami panny Perkins oraz jednego z braci Jolliffe wciąż elektryzował. Za to w swoim brzmieniu krążek był zdecydowanie bardziej przyjemny, aniżeli bardzo surowe, wcześniejsze dzieło - możliwe, iż wynikało to ze zrezygnowania z nagrywania wszystkiego jednocześnie. Co z tego, skoro album spotkał ten sam los, co "Legend Of The Dreamstones". Mimo swojej świeżości, "Princess Of The Island" po nagraniu nie ujrzało światła dziennego. 

Zespół na chwilę został rozwiązany, by znów się reaktywować. W roku 1971 po powrocie do miasta Cowes na rodzinnej wyspie, bracia Jolliffe z pozostałą zgrają instrumentalistów, nagrali "Under The Tree". Płyta na dobrą sprawę brzmiała jak kontynuacja "Princess Of The Island", chociaż skorzystanie chociażby z kompozycji "Eleanors Song", pochodzącej z "Legend of the Dreamstones", zwiastuje pewne ukłony w stronę pierwszego dzieła (genialne "Marigold"). Przy okazji, nazwa zespołu po raz kolejny się zmieniła - tak powstało Shide & Acorn. Sporą rewolucją w przypadku omawianego zespołu był fakt, iż "Under The Tree" zostało w końcu wydane przez wytwórnię Solent Records. Sukces byłby pewny, gdyby nie fakt, iż Solent do dużych wytwórni nie należało, a i samo "Under The Tree" wydane zostało w zaledwie... 99 egzemplarzach.

Tu historia zespołu mogłaby się właściwie kończyć - Mike Jolliffe wraz z Jerrym Cahillem oraz Jolliffe, Mickiem Cuffe'em założył później Trans Love (następnie Dancer), ale oprócz paru singli nie nagrali nic większego. Historia jednak się nie skończyła za sprawą tajemniczego labela Kissing Spell, zajmującego się reedycjami wartościowych białych kruków folk rocka. W taki sposób od 1994 "Under The Tree" może usłyszeć o wiele więcej osób, ale to nie wszystko - "Legend Of The Dreamstones" oraz "Princess Of The Island" w końcu poznały inną przestrzeń, aniżeli szuflada twórców. Wszystkie wydane zostały jako Shide & Acorn. Najsmutniejszy jest w tym fakt, że - mimo niepowodzeń - muzycy zebrali się jeszcze dwa razy po "Legend of The Dreamstones", za każdym razem tworząc kompozycje na najwyższym poziomie, przez które dziś moglibyśmy ich stawiać na półce pośród klasyków, a nie zostali nigdy docenieni. Warto docenić, dlatego polecam wam sprawdzić.

14:37, raphneternalz
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 sierpnia 2011
Epic

Artykuł mojego autorstwa, umieszczony w 2009 roku na portalu mhh.pl. Zawsze piszę o artystach niedocenionych - dziś dla odmiany kompletna porażka w historii muzyki, która mimo to wciąż jakimś cudem się porusza i wydaje płyty.

Czasami pseudonim powinien zobowiązywać. Budująca ksywa Epic kojarzy się z przede wszystkim fanom muzyki z Brentem Mazurem - członkiem zespołu nu-metalowego Crazy Town. Niestety, pod tym pseudonimem kryje się także pewien siwy raper z Kanady. Powiedzieć o nim tylko raper to za mało – przed wami najgorszy raper świata – Epic!!!

Spójrzmy najpierw na myspace’a – Erin Carroll obwieszcza światu, że należy wiedzieć o nim dwie rzeczy – „Chaps jest moim DJ-em” oraz „robię muzykę z moimi przyjaciółmi od dłuższego czasu”. Szczególnie ta druga informacja jest bardzo przydatna, bo słuchając nagrań rapera można szczerze w to wątpić. Wchodząc na youtube.com udaje się jednak zweryfikować tę informację – znajduje się tam video z bitwy fristajlowej między Epiciem a niejakim Flammable’m jeszcze z 2001 roku, więc - jak widać - kawał czasu. Epic przyznaje w jednym ze swoich kawałków „ja tylko lubię rap” - nie może to być miłość ani przyjaźń, na koleżeństwo też nie wygląda, więc co? Znajomość? Szkoda, że rap wolałby się do niego nie przyznawać.

Co świadczy o tym, że Epic jest naprawdę najgorszym raperem świata? Nie chodzi już o wygląd – faceta z typem urody ponad 40-letniego nerda, chodzącego w sweterku uszytym przez mamusię można spotkać w każdym miejscu na świecie. Gorzej z tym, co Epic chce nam zaprezentować przez muzykę – pamiętacie jedną z wielu polskich kopii „We are the world” pt. „Pokonamy falę”? Pamiętacie rapującą tam Urszulę? Zapewniam was – Epic ma o wiele gorsze flow. Zresztą chyba trudno mówić tu o jakimkolwiek rapowaniu, gdyż ekspresja wokalna Epica bardziej przypomina melodeklamację i to z naciskiem na drugi człon tego wyrazu. Głos? Zapewne tak by brzmiał Pigeon John, Noah23 (utalentowany podziemny gracz z Kanady) lub B-Real po zażyciu trzech opakowań środków usypiających i zatkaniu nosa. Teksty? Naprawdę fajnie, że bohater artykułu nie jest kolejnym raperem, który nie wie co przekazać. Epic chce pokoju, rapuje o globalnym ociepleniu. Jednak gorszy jest sposób, w jaki chce to przekazać – nie zdziwcie się zrymowaniem trzy razy pod rząd słowa „together”. Na dodatek wersy zupełnie się nie kleją ze sobą. Przykłady? „Gdy pisarze zwyciężają, zachowuje się irracjonalnie/Chcę znowu czerni, ale siwy to mój naturalny kolor włosów”, „Ja i Nomad napisaliśmy tę piosenkę razem/Wschodnie i zachodnie Niemcy znów są ze sobą”. Wspominałem bitwę z Flammable’m? Najmocniejszym wersem Epica wydaje się tam „nie jesteś Ericiem Sermonem”, ale mniejsza z tym, bo Flammable powinien raczej cieszyć się z tego, iż nie jest Epiciem – przynajmniej nikt nie wyśmiał jego idiotycznych wersów i notorycznego zacinania spowodowanego pustką w głowie.

Ciekawe czemu obiecujący wokalista i multiinstrumentalista związany z Shadowanimals – Nomad – współpracuje z takim beztalenciem jak Epic, tworząc absolutnie asłuchalną płytę? Co lepsze, ten dziwny twór promowany był przez numer Another left wing peace song, do którego stworzono nawet klip. Erin wygląda tam jeszcze zabawniej niż zwykle, paradując w koszulce N.W.A i i gestykulując, jakby ktoś przez przypadek uruchamiał na ćwierć sekundy nerwy odpowiadające za poruszanie rękami. Klip sugeruje, że jedną rzecz Epic potrafi – jeździć samochodem. Powinien skorzystać z tej umiejętności i pojechać gdzieś daleko, gdzie panuje wieczny pokój, a problem globalnego ocieplenia nie będzie go aż tak martwił. Proszę, Epic! Zrób to dla nas, zrób to dla rapu!

02:24, raphneternalz
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 czerwca 2011
Super Barrio Bros

Każdy miał dzieciństwo - dzisiaj jego nieodłącznym elementem jest Xbox360 lub Playstation 3 (zależnie od upodobań), dawniej było trochę inaczej. Metr trzydzieści czy czterdzieści wzrostu - to wiązało się z wymienianiem kartidżami, chodzeniem na bazar po nowe, przechodzenie gier znajomym, gdy ci nie mogli sobie poradzić - Pegasus zajmował sporą część planu dnia. Sentyment pozostał również muzykom, wszak ci do łask przywrócili muzykę, nieodłącznie związaną z 8bitowcami. Crystal Castles kojarzy każdy; Sabrepulse może mniej, ale ten facet ma przecież 2 miliony odsłuchań na lastfm. A Super Barrio Brothers?

Trzeba przyznać wprost - raper Dumbfoundead i producent 8-Bit Bandit to osoby, które zawsze siedzą z tyłu i spokojnie obserwują, jak z grą radzą sobie inni - w chwili, gdy nikt nie może poradzić sobie z bossem, ci chwytają za pady i pokonują go jak pierwszego lepszego Koopa Troopera z Mario Brosa. Przy tym nigdy nie wiadomo, który z nich chwyta za pierwszy, a który za drugi pad - najpewniej wymieniają się nimi. Bardzo możliwe, że zmodyfikowali sobie własnego NESa do stopnia, w którym można było wybierać dwóch 1P. Nie wykluczam również, że mogli sterować wtedy jedną postacią, a przy tym poruszała się ona zawsze z taką perfekcją, jakiej wymaga przejście Battletoads na konsoli, tzn. bez możliwości save'owania.

O czym to świadczy? Nie wiadomo, kto jest ważniejszy w projekcie. 8-bit Bandit potrafi zrobić z sampli pochodzących z pierwszego Super Mario Brosa bit łamiący kark (ilu już próbowało?), a "System" buja bardziej niż większość z drumowych popłuczyn. "Song of Time" to RJD2 dla fanów trzeciej generacji konsol, a "Mash And Smash" to wręcz arcydzieło 8bitowych produkcji. Dumbfoundead z kolei rapuje o niemożnościach przejścia kolejnego bossa, o wchodzeniu przez kolejne rury w wyżej wymienionym klasyku Nintendo, o napieprzaniu w pady czy glitchach w grach, robiąc to z techniką, na którą z dumą patrzyłby Gift of Gab. Poza tym - Jonathan Park (bo tak nazywa się raper) jest bardzo uznanym w środowisku fristajlowcem, a filmy z jego bitwami w ramach Grindtime biją rekordy popularności na portalu youtube. Trudno nie nazywać go inaczej niż komediowym raperem - w bitwach łączy tę cechę z morderczymi punchami, które niekoniecznie wpływają dobrze na nastrój przeciwnika. Do tego należy dodać bardzo miły głos i otrzymujemy rapera kompletnego, przy tym związanego blisko z labelem Rhymesayers. Aż dziwne, że Slug zwleka z przyjęciem Jonathana w swoje progi, pseudonim Dumbfoundead nie jest wykrzykiwany na prawo i lewo - mam nadzieję, że niedługo się to zmieni.

Najsmutniejszy jest w tym jednak fakt, że Super Barrio Brothers wydali razem zaledwie jedną płytę - szkoda, gdyż z ich projektu emanuje niesamowite poczucie humoru, niecodzienne podejście do spraw gier i - przede wszystkim - zajawka. Kto jej zazdrości, ręka do góry - ja już dawno podniosłem.

01:23, raphneternalz
Link Komentarze (2) »
sobota, 19 marca 2011
Zucchini Drive

Zucchini Drive

Belg i Szwed spotykają się w Londynie, Paryżu i Brukseli, dołączają do dwóch labeli - niemieckiego i japońskiego - by wydać w nich płytę, stworzoną przy współpracy z niemieckim wokalistą, włoskim zespołem post-rockowym oraz amerykańskimi producentami, pierwsza nazwa ich projektu pochodzi od australijskiej wokalistki, a - co ciekawe - jeden z ich utworów nosi nazwę "Zakazane z Polski". Internacjonalizm czy nieocodzienna deklaracja kosmopolityzmu? Nieważne, póki powstaje z tego świetna, przemyślana muzyka.

Zacznijmy jednak od początku - szwedzki raper Marcus Fredrikkson z belgiem Tomem De Geeterem, po kilkukrotnych spotkaniach postanawiają odpocząć od swoich dotychczasowych projektów i zawiązać nowy - The World After 4/02, którego to nazwa wzięła się od dnia urodzin Natalie Imbrugli. Początkowe, niezbyt zobowiązujące nagrania, ewoluują, przeradzając się w pełnoprawny album, promowany nawet klipem "Metropolite". Wtedy zapewne Marcusgraap oraz Siaz (pod takimi pseudonimami chowają się bohaterowie artykułu) nawet nie przypuszczali, iż było im dane stworzyć monolit, z powodzeniem trwający do dziś. Niedługo potem, wraz z Bluebirdem (oprócz swoich solowych płyt, znanym z featu na "Live From Rome" Sole'a) oraz Nomadem (który wraz z Siazem współtworzył grupę Caveman Speak) założyli supergrupę, nazwaną Gunporn - ich wspólne dzieło "Pretty Pretty Please" to prawdopodobnie jedna z najbardziej 'popapranych' płyt minionej dekady i - w gruncie rzeczy - w dużej mierze pokazująca dalszą drogę muzyczną Zucchini Drive. Tak, już nie The World After 4/02, a Zucchini Drive - a to był tylko pierwszy krok ku zmianom.

Taka też nastąpiła w roku 2006, gdy raperzy wydali "Being Kurtwood" w niemieckim 2nd Rec i japońskim Hue Records. Elektroniczne bity, akustyczne bity, podśpiewywania, profesjonalne śpiewy, niesamowita, zaraźliwa wręcz energia, ciężkie przemyśleniówki - to wszystko działo się na tym niesamowitym albumie. Warto wspomnieć, że jednym z producentów wspominanych wyżej był sam Alias z Anticonu, a sam fakt, iż jego bit nie wyróżnia się poziomem wśród pozostałych podkładów, jest wystarczającym wyznacznikiem jakości warstwy muzycznej krążka. Niemiecki wokalista? Markus Archer, znany z The Notwist oraz Lali Puny, mimo swojego charakterystycznego śpiewu od niechcenia, jak zawsze zapada w pamięć - na dodatek współprodukuje track, w którym się udziela, a mając w pamięci produkcje ze "Scary World Theory" nie mogło to wypaść słabo. Włoski zespół? Giardini Di Miró wyprodukowali dla Zucchini Drive otwierający album utwór, z piękną partią gitary, nawet jeśli numer ten nie przypomina tego, do czego przyzwyczaili nas autorzy 'Punk!... Not Diet'. Sami Marcusgraap i Siaz na mikrofonach radzą sobie wyjątkowo sprawnie. Rzadko spotyka się MC's z tak niesamowitymi pokładami energii - warto sprawdzić chociażby utwór "Bonafied Gambler", by się o tym przekonać.

Na nowy krążek nie trzeba było czekać długo - zaledwie rok zajęło nagranie "Goodyear Television Playhouse". Trudno spodziewać się rewolucji w tak krótkim czasie i... ta się dokonała. Co prawda, rap wciąż się zdarza, częściej przypomina jednak typową dla Why?'a z Anticonu melodeklamację - najczęściej jednak Marcus i Tom po prostu... śpiewają i wychodzi to zaskakująco świetnie. Oczywiście, skojarzenia ze wspomnianym Yonim Wolfem pojawiają się bardzo często, jednak ten nie może pochwalić się tak apokaliptycznymi podkładami, jak w "Moms and Props" (najlepszy utwór na płycie) czy zastosowaniem elektroniki podobnej do tej z "Over And Bone". Energia? Nie zniknęła - "Handclap Handclap" mogłoby być najlepszym przykładem. Rockowe inklinacje budują zaskakującą świeżość tej płyty, a mimo to wciąż czuć posmak poprzednich produkcji Zucchini Drive.

Powód niedocenienia? Trudny do określenia - rap rzadko był tak świeży jak na "Being Kurtwoord", a eklektyzm "Goodyear Television Playhouse" tylko pozornie jest przerażający. Może największym jest fakt, iż Marcusowi oraz Tomowi trudno zatrzymać się w jednym miejscu, przez co niebywale ciężko ich dogonić?

16:58, raphneternalz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 lutego 2011
Qwel

Wszystko zaczęło się u mnie od Josha Martineza. Dzisiaj rzadko miewam takie momenty - płyta przesłuchana od początku do końca co najmniej dwieście razy pod rząd i przy ciągłym szoku. "Buck Up Princess" - bo to o niej mowa - zbierała niesamowicie pozytywne recenzje, rozgrzewała szare komórki, angażowała emocjonalnie, a sam Josh wydawał się człowiekiem, jakiego moglibyśmy codziennie spotykać na klatce swojego bloku, gdy szedł do pracy, wracał z niej, szedł na imprezę, na której rzuciła go dziewczyna etc. "Buck Up Princess" miało jeszcze jedną, poważną zaletę - producentów. Producenci równie dobrzy, co nieznani (oprócz Jela z Anticonu). Wśród nich DJ Moves, MIDI, Wes Bonifay czy Maker... W 2006 roku recenzentów zachwyciła grupa Glue - Adeem, DJ DQ i... Maker. Niedługo potem zacząłem sprawdzać pozostałe projekty tego niezwykle ciekawie zapowiadającego się producenta, aż natknąłem się na projekt z 2004, współstworzony z młodym, chicagowskim kotem (a Typical Cats to jego skład) - Qwelem. Raperem szczególnie intrygującym - czemu?

Qwel jest głodny mikrofonu - to pierwsze stwierdzenie, jakie rzuca się po usłyszeniu jego flow. Ostatni raz taką energię przy mikrofonie, słyszałem podczas przesłuchiwania płyt Zucchini Drive, gdy ci jeszcze rapowali. To ta idealna swoboda, której brakuje większości samozwańczym mistrzom ceremonii; to wyczucie bitu, który sprawia, że raper nie płynie po bitach - on je oswaja i sprawia, że są częścią niego; to ta emocja w głosie, absolutne poznanie swoich możliwości i wykorzystywanie ich w każdy dozwolony sposób. Czasami naprawdę trudno uwierzyć, że nawet na jednej płycie słyszymy ciągle tę samą osobę (vide: "Where I Go, There I Go" vs "Road Atlas" z "The Harvest"). Fakt faktem - dzisiaj słychać, że dojrzał - na tegorocznym "Owl" to bardziej opanowany facet, jednak czasami dawna wciąż energia daje znać o sobie ("Silver Mountains").

O sukcesie Qwela jako rapera, pod względem stricte artystycznym, świadczy również gust muzyczny, który podkreślany jest szczególnie przez dobór bitów. Współpraca z Makerem, owocująca trzema płytami na koncie, była strzałem w dziesiątkę. Ale nie - to absolutnie nie wszystko, gdyż nawał projektów (i zapewne nagrań trzymanych w szufladzie) może przyprawić niektórych o mdłości. Przy okazji nagrał chyba płytę z absolutnie każdym producentem, z którym współpracował - Jackson Jones, Meaty Ogre, Mike Gao, Silence oraz Kip Killagain. Do tego dochodzą płyty wraz z jego ekipą Typical Cats, epki, live album oraz CD z fristajlami, i w ciągu dziesięciu lat otrzymujemy... osiemnaście płyt. Mimo natłoku pracy, Qwel absolutnie nie nudzi i wciąż rzuca piękne wersy z filozoficznym zacięciem - co prawda, na tyle ciężkimi w zrozumieniu, że aż przydatna staje się zaawansowana znajomość angielskiego, ale jednak genialnymi w każdym calu. Bo oprócz samej treści, u Qwela równie ważna jest technika, a jeśli o to chodzi, z lekkością baletnicy wspina się jej na wyżyny, których pozazdrościłby mu Chali 2na czy Gift of Gab.

Albumy do polecenia? O "The Harvest", wielokrotnie wspominanym wyżej, nie muszę mówić, gdyż aż dziwny jest fakt, że płyta ta nie jest zaliczana do klasyki podziemnego rapu. Równie interesująca, jak i - w wielu miejscach - bliska klimatem, wydaje się płyta "Dark Days" z Jackson Jonesem. Do tego dochodzi "The New Wine" - projekt z Kip Killagainem, z idealnym wręcz "Agape Rain". Wszystko wydane jest przez label Galapagos4, którego współwłaścicielem jest bohater dzisiejszego wpisu.

Niby wszystko jest pięknie, a jednak w sercu Qwela strasznie żal. Cóż, nie zawsze wkładając w coś sto dziesięć procent siebie, poświęcając na to całe swoje życie, możemy liczyć na zrozumienie i docenienie. Smutne...

02:12, raphneternalz
Link Komentarze (1) »
piątek, 31 grudnia 2010
Baths/[Post-Foetus]/Geotic

Zaskakująco często ludzie poświęcający się muzyce do resztek możliwości, nie są absolwentami szkół muzycznych. I kilkanaście lat później pojawiają się pretensje do rodziców z powodu braku odpowiednio znęcania się nad dzieckiem, aby te mogło sobie wydłużyć palce za pomocą instrumentów muzycznych lub pretensje do samego siebie, iż człowiek nie zainteresował się tym trochę wcześniej, gdy kości jeszcze rosły.

Bohatera dzisiejszego wpisu - Willa Wiesenfelda, ten problem nie dotyczy. Miał cztery lata, gdy rodzice wysłali go na naukę gry na fotepianie, a dziewięc lat później - zainspirowany Bjork - już tworzył za pomocą swojego syntezatora MIDI. To jednak nie wystarczało, przez co chwycił również za altówkę, kontrabas, gitarę, a także mikrofon, by stworzyć swoje muzyczne alter-ego [Post-Foetus]. Zadziwiający jest ilość dobytku, którą muzyk dostarczył pod tym pseudonimem - w wieku 20 lat, Will zdążył wydać 4 LP, 3 EP, a sam dodaje do tego, iż posiada w swych archiwach niesamowicie mnóstwo niewydanego materiału. Zdecydowanie najciekawsze jest najnowsze "The Fabric", w którym swoje robi wyczucie pięknych melodii, rzekłbym nawet lekko wzruszających, a jednak pozbawionych irytującego patosu - warto od razu wspomnieć o utworach takich jak "Endearment Endure" czy "The Water". Fakt, Wiesenfield nie ma olśniewającego wokalu, który trzęsie ziemią i nie daje zasnąć, a jednak idealnie snuje się po sennych, spokojnych melodiach. Jest tu sporo chilloutu, da się wyczuć również inspiracje ambientem, które - w formie zdecydowanie bardziej rozwiniętej - owocują projektem Geotic (wypuszczanym za darmo w internecie).

Na początku roku fora internetowe zadrżały - nagle ni stąd, ni zowąd pojawiły się wpisy o niejakim Bathsie. Okazało się, iż to kolejny pseudonim Wiesenfelda, związany z dwoma najprawdopodobniej najmodniejszymi ostatnio podziemnymi scenami muzycznymi, czyli chillwave'm i new beats (co za tym idzie Will postawił zdecydowanie bardziej na elektronikę, w przeciwieństwie do bardziej akustycznych płyt z [Post-Foetus]), a płyta, którą przygotowywał wyciekła do internetu. Również na anticonowym lastfm-ie widać było ciągły odsłuch owej płyty, a jeszcze bardziej podejrzany był fakt, iż Will zaczął dzielić scenę wraz z innymi artystami związanymi z logiem mrówki. Ogłoszenie wydania płyty przez ten label było więc wyłącznie kwestią czasu. I faktycznie, coś, co kryło się w internecie jako Baths - S/T, w wersji zmasterowanej i lekko zmienionej (w której usunięto jeden z mocniejszejszych punktów wycieku "Palatial Disappoinment", kojarzące się jednak bardziej z numerami spod znaku [Post-Foetus]) zostało wydane na wakacje jako "Cereluan". Owy krążek to jedna z najlepszych pozycji 2010, chociaż skojarzeń z Toro Y Moi, Washed Outem, Bibio czy Flying Lotusem uniknąć się nie da.

Harmonogram Willa Wiesenfelda zapowiada nam jedno - na kontynuacje projektów innych niż Baths nie ma co narazie liczyć, kto wie, czy kiedykolwiek jednak będzie można. W końcu czuć, ile pracy w swoją muzykę wkłada ten facet, a patrząc na to, ile koncertów aktualnie gra, trudno wyobrazic sobie by miał czas karmić nas nowymi, studyjnymi albumami w takich dawkach jak do tej pory. Chociaż być może znowu nas zaskoczy - w końcu kocha to robić.

02:20, raphneternalz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 listopada 2010
Bvdub

 

W dzisiejszych czasach to naturalne, że muzykę traktujemy jako otoczenie. Dźwięk jest wszędzie - w hipermarketach, w galeriach handlowych, w samochodzie, w szkołach na przerwach. Jak się okazuje, w szpitalu, gdzie leżał Brian Eno, dźwięk również był - ledwo wyczuwalny, bo puszczony tylko na jeden kanał, przy granicy słyszalności. Jak się okazuje, wtedy muzyka nie otaczała nas ze wszystkich stron, więc to zdarzenie doprowadziło do tego, iż muzyk zainicjował utworzenie grupy twórców, która za cel miała zrobienie z muzyki elementu codziennej rzeczywistości - sprowadzenie jej do roli najzwyklejszego mebla. Cóż, udało się, jak widać - niekoniecznie jednak dzięki tymże muzykom i nie przy pomocy utworzonego wtedy gatunku muzycznego, nazwanego ambientem. Bądź, co bądź - to Brian Eno stworzył pierwszy twór spod tego znaku, uznawany przez wielu za arcydzieło - "Music For Airports". Ale zostawmy już go w spokoju, gdyż to nie jest on bohaterem dzisiejszego postu.

Brock Van Wey jest w swoim fachu weteranem - od 1993 roku zajmuje się graniem jako DJ. Dopiero od niedawna jednak możemy przekonać się o jego geniuszu jako twórcy ambientu, znanego pod pseudonimem Bvdub. Niestety, wciąż niedocenionego, o czym są w stanie poświadczyć nam nawet takie szczegóły jak niezbyt profesjonalne zdjęcia promocyjne robione z ręki przez samego Bvduba. Z kolei jeśli chodzi o muzykę, ta wydaje się jak najbardziej profesjonalna. Głębia mgielnych barw muzycznych jest w stanie przyprawić o zawał każdego daltonistę. Plamy muzyczne mieszają się z regularną kompozycją, a czasem nawet oszczędnymi, samplowanymi wokaliznami (jak chociażby w najnowszym "The Art of Dying Alone"). Brzmienie wręcz zadziwia - trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Brock dopieszcza swoje numery w każdym, najdrobniejszym calu. Sam określa swój styl mianem ambient dub-techno i zdecydowanie coś w tym jest. Po dubie odziedziczył zdolność tworzenia niesamowitego, zdelayowanego tła, po ambiencie hipnotyczny, medytacyjny klimat, a po techno (ale takim prawdziwym, będącym kontynuatorem dokonań Kraftwerk) zamiłowanie do elektroniki.

Co ciekawe, Brock wypuszcza mnóstwo pozycji - ilość jego epek jest niezliczona. Wadą zniechecającą może być długość kompozycji w stosunku do ich ilości. Nie zdziwcie się, jeżeli znajdziecie tylko 4 utwory, a ich średnia długość wynosi 17 minut. Mimo wszystko, warto zaparzyć sobie herbatę, założyć słuchawki i puścić jego produkcje. Ambient miał być muzyką tła? W tym przypadku muzyka aż zachęca, by się nad nią skupić i zachwycać się każdym smaczkiem, detalem, który przygotował nam Bvdub. Gdy to uczynicie, przekonacie się, że naprawdę było warto.

22:06, raphneternalz
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 06 września 2010
Food For Animals

 

Jeden z moich znajomych słynął z tego, że był w stanie zjeść zwierzęcą karmę. Śmiechy, chichy i smród obrzydliwego jedzenia, które wyjątkowo smakuje naszym pupilom, a nawet pozwala im zwiększyć osiągi z siłą Matrixowych programów (ponoć). Znajomy ostatecznie został wyrzucony ze szkoły średniej, do edukacji już nie wrócił i szlaja się nieraz odurzony czymś, czego składu nie chciałbym za bardzo znać, a z kolei karma została na półkach. Ani konsument karmy, ani ja i właściwie prawdopodobnie nikt nie spodziewał się wtedy, że za kilka lat znajdzie się grupa, która nazwę zawdzięczać będzie żarciu dla zwierząt. A - co ciekawsze - z pewnością ich osiągi zostały przez owy posiłek podniesione.

Food For Animals to rap - hałaśliwy, zarażony breakcore'm i noisem rap, którego decybeli zazdrościłby swego czasu Chuck D, a o który zazdrosna byłaby grupa Dalek. Muzyka, w której zwrot 'make some noise' podczas koncertów nie musiałby być kierowany w stronę publiczności, wszak ta prawdopodobnie potrzebowałaby w międzyczasie ciszy. Tu dźwięki bestialsko obijają po mordzie, by następnie rzucić słuchaczem twarzą o ścianę; tu spokój i harmonia zanikają, aby spotkać się z chaosem i szokiem powypadkowym, a jedynym twoim prawem jest poczuć atak serca. A o wszystko jako producent dba Ricky Rabbit, któremu towarzyszą raperzy - Vulture Voiltare oraz Hy, przy czym trzon stanowią tylko dwie pierwsze osoby. W początkowym składzie nagrali oni w 2004 epkę "Scavengers", gdzie Ricky miażdżył ścianą dźwięku nie gorzej niż Phil Spector, a Vulture dobijał swoimi morderczymi linijkami - zresztą, jak sam się chwali, "I'm killing more tracks than war kills peace". Nie da się ukryć - materiał był garstką świeżego powietrza w cuchnącym świecie rapgry i aż dziwne, że dwa ostatnie numery nie wpisały się w kanon gatunku, ale mniejsza z tym. Na następną produkcję od FFA pt. "Belly" należało czekać aż cztery lata. Wtedy właśnie swoją liryką zaczął wspierać grupę Hy. Materiał ciągle hałaśliwy, przy czym jednocześnie dojrzalszy od poprzedniej płyty - zarówno ze strony Vulture'a, po raz kolejny rzucającego odważne, jak i bardziej osobiste rymy, jak i Ricky'ego, który na polu porządkowania tego hałasu odnosi coraz większe sukcesy.

To dość ciekawe, że dwa lata temu ta nieznana grupa grała koncert we Wrocławiu. Dlaczego akurat tu? Nie o pieniądze chodzi ("Look at your hundred dollar clothes/Where ya get those?/Is that the total for your shit or your zip code?"), więc wniosek nasuwa się prosty - oni kochają to, co robią. Wy też powinniście to pokochać, chociaż zapewne nie będzie to łatwa miłość. I ten tribute do Pimpa C na myspace wciąż przeraża...

18:24, raphneternalz
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 sierpnia 2010
Four Tet

 

 

Pamiętacie może powieść Marka Twaina "Książę i żebrak"? Tom Canty oraz przyszły król, Edward VI, zamienili się na chwilę ubraniami, aby parę chwil potem, dosłownie przypadkiem, zamienić się swoją wartością jako człowieka. Z bohaterem dzisiejszego wpisu, wbrew pozorom, łączy ich nie tylko miejsce wydarzeń. Kieran Hebden - najpierw basista i gitarzysta w zwykłym post-rockowym zespole Fridge - w jednej chwili stał się księciem muzyki elektronicznej.

Trzeba jednak zaznaczyć, że to nie najsłynniejsze "Rounds", które spowodowało wyniesienie Four Teta na piedestał, było pierwszym solowym dokonaniem Anglika. Mimo naprawdę świetnych recenzji (co spowodowane było równie świetną zawartością, wystarczy wspomnieć o "Everything is Allright") płyty "Dialogue" i "Pause" umieszczały ciągle muzyka w katalogu osób niedocenionych w światku. Wszystko zmieniło się dzięki genialnemu "Rounds", który to album przez pewien czas był w czołówce najlepiej sprzedających się w Wielkiej Brytanii. Co złożyło się na sukces tego albumu? Na pewno najważniejsza w tym wszystkim jest wyjątkowa umiejętność składania sampli i elektronicznych dźwięków, łączenie ich w zgrabną całość, w której nieraz niewiele brakuje, aby z pięknej melodyki ocierała się o chaos. Four Tet z powodzeniem łączy to, co było w muzyce przyciągające dawniej, z tym, co jest interesujące dzisiaj, jednocześnie nie uśmiechając się w stronę masowego odbiorcy. Przy tym melodie mają skandynawsko-IDM'owy posmak o czym świadczą takie numery jak "First Thing" oraz "My Angel Rocks Back And Forth", które kojarzą się z drugą płytą Múm. Na dodatek Four Tet potrafi wykorzystać w stu procentach dziewięciominutową przestrzeń utworu i nie nudzić słuchacza przez ten czas ani przez chwilę - w tym momencie post-rockowe doświadczenia dają o sobie znać.

Four Tet po "Rounds" zdążył nagrać jeszcze krążek "Everything Ecstatic", ktory w gruncie rzeczy był kontynuacją drogi obranej na "Rounds" z jeszcze większą eksploatacją elektroniki. I chociaż wielu fanów zostało rozczarowych, bo - co tu kryć - "Everything Estatic" brakowało trochę melodyki poprzedniego albumu, a kompozycje chwilami nudziły, to takich numerów jak "A Smile Around The Face" czy genialne "A Joy" zapomnieć się nie da. Bardziej zaskakująca wydaje się za to ostatnia płyta "There Is Love in you" z pięknym "Angel Echoes" otwierającym album, z niemal klubowym "Love Cry" (to co się dzieje od 4:20, to whoa) czy świetnym zakończeniem pod postacią "She Just Likes To Fight". Nawet fani odwróceni po ostatnim solowym albumie Four Teta, wrócili wyczuwając w nowej produkcji promyk nadziei na kolejną, równie genialną płytę jak "Rounds".

Solowe dokonania Four Teta to jednak nie wszystko. Chęć współpracy z innymi artystami ukazała się jako krążek "Remixes", ale nawet nie o to chodzi. Oczywiście było wspomnianie już post-rockowe Fridge, w którym Hebden jest gitarzystą i basistą, ale przecież muzyk współpracował również z będącym swego czasu na fali Burialem czy z kompozytorem muzyki do filmów o Jamesie Bondzie - Davidem Arnoldem.

A czemu książe? Znajdzcie mi kogoś z tzw. muzyki laptopowej, na kogo kolejne produkcje fani, nawet mimo paru potknięć, czekają z równie wielką niecierpliwością.

17:32, raphneternalz
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 lipca 2010
Giardini di Mirò

 

Z czym kojarzą wam się Włochy? Pewnie spaghetti, pizza i większość moich ulubionych potraw, niekoniecznie zdrowych, Paolo Cozza, Watykan, Rzym. Muzycznie? Zapewnie Luciano Pavarotti, Fabri Fibra (Big fish! Do you speak english?!) czy cała masa piosenek w stylu "Lasciate mi cantare", którymi moja matka powinna rzygać, siedząc przez tyle lat w Italii. Na dobra sprawę, muzyka z tego kraju nie jest zbytnio popularna w pozostałych regionach świata. Słuchając takich zespołów jak Giardini Di Mirò wydaje się, że aż szkoda... Chociaż może to tylko wyjątek na tej scenie? Zresztą, nieważne... Czas przyjrzeć się im bliżej

Jeśli spodziewacie się czegoś równie łatwo przyswajalnego jak wspomniane "Lasciate mi cantare", czegoś, co puszcza ojciec pozostałej części rodziny podczas rodzinnego sprzątania w niedzielę - przykro mi, zawiedziecie się. Styl Giardini di Mirò to niekiedy elektroniczny, IDM-owy wręcz post-rock czasem z elementami punk rocka, wpływami math rocka. Można się pogubić prawda? A więc wyobraźcie sobie skrzyżowanie klimatu Lali Puny z Sigur Rós, wszystko przyprawione wokalem a la Markus Archer lub Chris Adams z Hood z większym wczuciem, a do tego wszystkiego remixuje ich sam Alias z Anticonu (na którego płycie z remixami pierwszy raz usłyszałem włochów).

Członkowie zespołu? Aż sześciu, z czego dwóch wokalistów (Jukka Reverberi oraz częściej udzielający się Corrado Nuccini, na płycie "Punk... Not Diet!" udzielał się równiez Alessandro Raina), dwie gitary elektryczne, trzy osoby od elektroniki, klarnet czy skrzypce, z czego akurat dwa ostatnie istrumenty nie należą do typowo rockowego instrumentarium. Dzieła na koncie? Cztery longplaye, trzy epki, trzy płyty z remixami, jedna kompilacja, soundtrack do filmu. Co polecam? Oczywiście wspomniane wcześniej "Punk... Not Diet!", która to płyta jest zdecydowanie najbardziej fascynującą i wciągającą pozycją od Giardini di Mirò. Oczywiście "Dividing Opinions" (July's Stripes!) również nietrudno odmówić uroku, wszak Włosi nie schodzą poniżej pewnego poziomu - a jednak "Punk... Not Diet!" jest płytą, w której człowiek zakochuje sie niemal od razu. Ambientowe przestrzenie, wypełniające pokoje dźwięki nieraz delikatne, nieraz sprężowe dźwięki gitary, emocja i klimat. Trudno tego nie docenić.

18:30, raphneternalz
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2